mardo
24-10-09, 11:23
W środę na warszawskim Torwarze odbył się "wielki Festiwal Piłkarski" - impreza przeznaczona dla przedszkolaków i szkół podstawowych, którą swoją obecnością zaszczyciła drużyna Legii.
- Podczas turnieju miała miejsce ciekawa historia. Zaproszono na scenę jakiegoś sztukmistrza, który z piłką potrafi robić cuda. Drybluje, żongluje, odbija ją łopatką, nosem czy innym oczodołem - piesze w felietonie na dziennika "Polska" Rafał Romaniuk.
- Piłkarze Legii stali i bili brawo. Na pytanie spikera: "To który z was chłopaki coś pokaże?", wszyscy zaczęli patrzeć w sufit. Żaden nie chciał podejść. Bali się wstydu? - pyta felietonista.
Ostatecznie, sytuację uratował ... trener Jan Urban, który jako jedyny wyszedł na środek i pokazał, że zabawa z piłką nie jest mu obca. Brzmi to jednak dość smutno. Tym bardziej, że przecież na sali byli reprezentanci Polski!
W piątkowym wydaniu "Magazynu Sportowego" inny z trenerów Legii Lucjan Brychczy zdradza: - Na podwórku, jak było nas czterech, to mówiłem: gramy jeden na trzech, inaczej nie ma sensu. Bo i tak robiłem z nimi co chciałem.
Ciekawe ilu z obecnych zawodników "Wojskowych" czyniło podobnie. Pewnie niewielu. Oni nawet jak grają po 11, to albo piłki są tandetne, albo murawa nie taka, albo przeciwnik grał "antyfutbol".
Oj, dużo w tym prawdy...
- Podczas turnieju miała miejsce ciekawa historia. Zaproszono na scenę jakiegoś sztukmistrza, który z piłką potrafi robić cuda. Drybluje, żongluje, odbija ją łopatką, nosem czy innym oczodołem - piesze w felietonie na dziennika "Polska" Rafał Romaniuk.
- Piłkarze Legii stali i bili brawo. Na pytanie spikera: "To który z was chłopaki coś pokaże?", wszyscy zaczęli patrzeć w sufit. Żaden nie chciał podejść. Bali się wstydu? - pyta felietonista.
Ostatecznie, sytuację uratował ... trener Jan Urban, który jako jedyny wyszedł na środek i pokazał, że zabawa z piłką nie jest mu obca. Brzmi to jednak dość smutno. Tym bardziej, że przecież na sali byli reprezentanci Polski!
W piątkowym wydaniu "Magazynu Sportowego" inny z trenerów Legii Lucjan Brychczy zdradza: - Na podwórku, jak było nas czterech, to mówiłem: gramy jeden na trzech, inaczej nie ma sensu. Bo i tak robiłem z nimi co chciałem.
Ciekawe ilu z obecnych zawodników "Wojskowych" czyniło podobnie. Pewnie niewielu. Oni nawet jak grają po 11, to albo piłki są tandetne, albo murawa nie taka, albo przeciwnik grał "antyfutbol".
Oj, dużo w tym prawdy...