mort
21-05-11, 10:41
Legia - Wisła czyli ZAMKNIJ PAN TEN STADION NA BOGA!!!!
Nam śpiewać nie kazano. - Wstąpiłem na gniazdo
I spojrzałem na trybunę; dwieście petard grzmiało.
Zgrai krakowskiej ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;
I widziałem ich wodza: przybiegł, kosą skinął
I jak ptak jedno skrzydło wojska swego zwinął;
Wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota
Długą czerwoną kolumną, jako lawa błota,
Nasypana iskrami achtungów. Jak sępy
Czerwone chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.
Przeciw nim sterczy zielona, wąska, jak rzeżucha,
Jak głaz bodzący morze, Żyleta Starucha.
Sześć tylko miała petard; wciąż dymią i świecą;
I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,
Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,
Ile z tej trybuny leciało bomb, rac i kartaczy.
Patrz, tam achtung w sam środek Żylety się nurza,
Jak w fale bryła lawy, kibicowi nabił guza;
Pęka śród dymu petarda, szyk pod niebo leci
I kibolska łysina śród kolumny świeci.
Tam raca, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.
Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; -
Już dopadła; jak boa śród krzesełek się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy Żyletę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem kibolstwa przeszedł anioł śmierci.
Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?
Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,
Król wielki, samowładnik województwa połowicy;
Zmarszczył brwi, - i tysiące bandytów wnet leci;
Podpisał, - tysiąc matek opłakuje dzieci;
Skinął, - padają trupy od Torwaru do Sadyby.
Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,
Gdy Słoików za Płockiem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo sejmowe twoje stopy liże, -
Warszawa jedna twojej mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i cię ze stołka ściąga,
Stołka skradzionego, nie na twoje rowy,
Boś go ukradł i skrwawił, synu Tuskowy!
Wojewoda dziwi się - ze strachu. drżą dziennikarzyny,
Wojewoda gniewa się - ze strachu mrą jego dziewczyny;
Ale sypie się patologia, których Bóg i wiara
Jest przemoc - umrzem, rozweselim gada.
Posłany wódz wawelski z siłami pół-świata,
Wierny, czynny i sprawny - jak knut w ręku kata.
Ura! ura! Patrz, blisko Żylety, już w rowy
Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;
Już czerwienią się na białych palisadach wałów.
Jeszcze Żyleta w środku, jasna od wystrzałów,
Czerwieni się nad bielą: jak w środek mrowiaka
Wrzucony motyl błyska, - mrowie go naciska, -
Zgasł - tak zgasła Żyleta. Czyż ostatnie działo
Strącone z łoża w piasku paszczę zagrzebało?
Czy zapał krwią ostatni kibol zalał?
Zgasnął ogień. - Już Wiślak krzesełka wywalał.
Gdzież ręczna broń? - Ach, dzisiaj pracowała mocniej
Niż na wszystkich przeglądach za władzy błędowskiej;
Zgadłem, dlaczego milczy, - bo nieraz widziałem
Garstkę naszych walczącą z wiślackim nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;
A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre kibola czynność;
Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,
Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,
Kibol jako młyn palny nabija - grzmi - kręci
Broń od oka do nogi, od nogi na oko:
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała, nie znalazła - i kibol pobladnął,
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;
I uczuł, że go pali pałka zakrwawiona;
Upuścił ją i upadł; - nim dobiją, skona.
Takem myślił, - a w szaniec nożowników kupa
Już łazła, jak robactwo na świeżego trupa.
Pociemniało mi w oczach - a gdym łzy ocierał,
Słyszałem, że coś do mnie mówił mój Jenerał.
On przez lunetę wspartą na moim ramieniu
Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.
Na koniec rzekł; "Stracona". - Spod lunety jego
Wymknęło się łez kilka, - rzekł do mnie: "Kolego,
Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,
Znasz Starucha, czy widzisz, gdzie jest?" - "Jenerale,
Czy go znam? - Tam stał zawsze, na gnieździe kierował.
Nie widzę - znajdę - dojrzę! - śród dymu się schował:
Lecz śród najgęstszych kłębów dymu ileż razy
Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. -
Widzę go znowu, - widzę rękę - błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,
Biorą go - zginął - o nie, - skoczył w dół, - na murawę"!
"Dobrze - rzecze Jenerał – bo nie widzę przez tę wrzawę".
Tu blask - dym - chwila cicho - i huk jak stu gromów.
Zaćmiło się powietrze od ziemi wylomów,
Petardy podskoczyły i jak wystrzelone
Toczyły się na kołach - lonty zapalone
Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął
Prosto ku nam; i w gęstej chmurze nas ochłonął.
I nie było nic widać prócz petard blasku,
I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.
Spojrzałem na Żyletę; - flagi, sektorówki,
Działa i naszych garstka, i wrogów jak mrówki;
Wszystko jako sen znikło. - Tylko czarna bryła
Ziemi niekształtnej leży - rozjemcza mogiła.
Tam i ci, co bronili, -i ci, co się wdarli,
Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.
Choćby wojewoda Wiślakom kazał wstać, już dusza
Krakowska. tam raz pierwszy, wojewody nie słusza.
Tam zagrzebane tylu set ciała, niejedno bez ucha:
Dusze gdzie? nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Starucha.
On będzie Patron kiboli! - Bo dzieło zniszczenia
W dobrej sprawie jest święte, Jak dzieło tworzenia;
Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma głucha
Obleją, jak Wiślanie Żyletę Starucha -
Karząc plemię zwyciężców zbrodniami zalane jak rzekę,
Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą Żyletę.
Nam śpiewać nie kazano. - Wstąpiłem na gniazdo
I spojrzałem na trybunę; dwieście petard grzmiało.
Zgrai krakowskiej ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;
I widziałem ich wodza: przybiegł, kosą skinął
I jak ptak jedno skrzydło wojska swego zwinął;
Wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota
Długą czerwoną kolumną, jako lawa błota,
Nasypana iskrami achtungów. Jak sępy
Czerwone chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.
Przeciw nim sterczy zielona, wąska, jak rzeżucha,
Jak głaz bodzący morze, Żyleta Starucha.
Sześć tylko miała petard; wciąż dymią i świecą;
I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,
Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,
Ile z tej trybuny leciało bomb, rac i kartaczy.
Patrz, tam achtung w sam środek Żylety się nurza,
Jak w fale bryła lawy, kibicowi nabił guza;
Pęka śród dymu petarda, szyk pod niebo leci
I kibolska łysina śród kolumny świeci.
Tam raca, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.
Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; -
Już dopadła; jak boa śród krzesełek się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy Żyletę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem kibolstwa przeszedł anioł śmierci.
Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?
Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,
Król wielki, samowładnik województwa połowicy;
Zmarszczył brwi, - i tysiące bandytów wnet leci;
Podpisał, - tysiąc matek opłakuje dzieci;
Skinął, - padają trupy od Torwaru do Sadyby.
Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,
Gdy Słoików za Płockiem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo sejmowe twoje stopy liże, -
Warszawa jedna twojej mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i cię ze stołka ściąga,
Stołka skradzionego, nie na twoje rowy,
Boś go ukradł i skrwawił, synu Tuskowy!
Wojewoda dziwi się - ze strachu. drżą dziennikarzyny,
Wojewoda gniewa się - ze strachu mrą jego dziewczyny;
Ale sypie się patologia, których Bóg i wiara
Jest przemoc - umrzem, rozweselim gada.
Posłany wódz wawelski z siłami pół-świata,
Wierny, czynny i sprawny - jak knut w ręku kata.
Ura! ura! Patrz, blisko Żylety, już w rowy
Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;
Już czerwienią się na białych palisadach wałów.
Jeszcze Żyleta w środku, jasna od wystrzałów,
Czerwieni się nad bielą: jak w środek mrowiaka
Wrzucony motyl błyska, - mrowie go naciska, -
Zgasł - tak zgasła Żyleta. Czyż ostatnie działo
Strącone z łoża w piasku paszczę zagrzebało?
Czy zapał krwią ostatni kibol zalał?
Zgasnął ogień. - Już Wiślak krzesełka wywalał.
Gdzież ręczna broń? - Ach, dzisiaj pracowała mocniej
Niż na wszystkich przeglądach za władzy błędowskiej;
Zgadłem, dlaczego milczy, - bo nieraz widziałem
Garstkę naszych walczącą z wiślackim nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;
A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre kibola czynność;
Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,
Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,
Kibol jako młyn palny nabija - grzmi - kręci
Broń od oka do nogi, od nogi na oko:
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała, nie znalazła - i kibol pobladnął,
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;
I uczuł, że go pali pałka zakrwawiona;
Upuścił ją i upadł; - nim dobiją, skona.
Takem myślił, - a w szaniec nożowników kupa
Już łazła, jak robactwo na świeżego trupa.
Pociemniało mi w oczach - a gdym łzy ocierał,
Słyszałem, że coś do mnie mówił mój Jenerał.
On przez lunetę wspartą na moim ramieniu
Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.
Na koniec rzekł; "Stracona". - Spod lunety jego
Wymknęło się łez kilka, - rzekł do mnie: "Kolego,
Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,
Znasz Starucha, czy widzisz, gdzie jest?" - "Jenerale,
Czy go znam? - Tam stał zawsze, na gnieździe kierował.
Nie widzę - znajdę - dojrzę! - śród dymu się schował:
Lecz śród najgęstszych kłębów dymu ileż razy
Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. -
Widzę go znowu, - widzę rękę - błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,
Biorą go - zginął - o nie, - skoczył w dół, - na murawę"!
"Dobrze - rzecze Jenerał – bo nie widzę przez tę wrzawę".
Tu blask - dym - chwila cicho - i huk jak stu gromów.
Zaćmiło się powietrze od ziemi wylomów,
Petardy podskoczyły i jak wystrzelone
Toczyły się na kołach - lonty zapalone
Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął
Prosto ku nam; i w gęstej chmurze nas ochłonął.
I nie było nic widać prócz petard blasku,
I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.
Spojrzałem na Żyletę; - flagi, sektorówki,
Działa i naszych garstka, i wrogów jak mrówki;
Wszystko jako sen znikło. - Tylko czarna bryła
Ziemi niekształtnej leży - rozjemcza mogiła.
Tam i ci, co bronili, -i ci, co się wdarli,
Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.
Choćby wojewoda Wiślakom kazał wstać, już dusza
Krakowska. tam raz pierwszy, wojewody nie słusza.
Tam zagrzebane tylu set ciała, niejedno bez ucha:
Dusze gdzie? nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Starucha.
On będzie Patron kiboli! - Bo dzieło zniszczenia
W dobrej sprawie jest święte, Jak dzieło tworzenia;
Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma głucha
Obleją, jak Wiślanie Żyletę Starucha -
Karząc plemię zwyciężców zbrodniami zalane jak rzekę,
Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą Żyletę.