MrX
09-05-10, 22:59
No to im Wyborcza dowaliła od strony sportowej.... Nic dodac nić ująć.
Po wczojaszym meczu który miałem nieprzyjemność zobaczyć na własne oczy, jest pewne że ta drużyna jest najgroszą od wielu, wielu lat - co najmniej od czasu schyłkowego Deawoo. A mecz z Wisła ma wielką szanse wygrać konkurs na najgorszy mecz dekady. Delikatnie mówiąć wyszedłem ze stradionu z bólem wszystkich zębów.
Jak oni sobie wyobrażają że zbudują w dwa miesiące coś z tego co wczoraj biegało po boisku (bo drużyną tego nazwać się nie da)??? Na dwa miesiące przed nowym sezonem nie wiadomo kto będzie trenerem a połowy drużyny już nie ma. Zamykanie transferów nowych graczy w tak krótkim czasie skończy się porażkami.....
Okazuje się że piłka jest znacznie trudniejsza niż każdy inny biznes. Papa Walter może na mediach to się zna ale futbol jest dla niego zdecydowanie za trudny... Pierwsze co bym na jego miejscu zrobił to wywalił na zbity pysk cały Zarząd. Nie za konflikt z kibicami i tym podobne tylko za brak profesjonalizmu i biznesowe dawanie dupy na każdym możliwym froncie oraz za bezsensowne trwonienie kasy Właściela.
Byli skazani na sukces. Legię przejmowali na idealnym dla nich dziejowym zakręcie, bo główni ligowi konkurenci, również obeznani z dużym biznesem, słabli. Bogusław Cupiał, zamiast inwestować, jął z Wisły Kraków wyciągać pieniądze, Zbigniew Drzymała niebawem w ogóle wycofał się z futbolu. Żeby było jeszcze piękniej, tuż po przejęciu warszawskiego klubu nowym właścicielom wpadło w ręce mistrzostwo Polski, a jeśli oddawali gwiazdy - Boruca, Fabiańskiego, Janczyka - to godziwie na nich zarabiali. Sielanka.
Naturalną kontynuacją była próba wprowadzenia do Legii europejskich standardów. Nie powiodła się. Gdyby na giełdzie notować postępy sportowe, akcje klubu od dwóch lat ostro by spadały, a od dnia zwolnienia trenera Jana Urbana i dyrektora Mirosława Trzeciaka udziałowcy na gwałt by je wyprzedawali, przeczuwając rychłe bankructwo.
Totalna klapa ITI nie polega bowiem na tym, że Legia co sezon zbiera mniej ligowych punktów. Ani na tym, że strzela najmniej goli od początku lat 90. - wtedy ledwie wystawała nad strefę spadkową. Że po zawstydzających wpadkach w Europie tym razem do pucharów być może w ogóle nie awansuje. Że zaraz nie będzie miała choćby jednej lokalnej gwiazdki. Że wskutek własnej lekkomyślności straty kadrowej tym razem nie zrekompensuje sobie finansowo, bo Jana Muchę Everton podbierze jej za darmo. Że o ważne cele każe bić się piłkarzom, którzy wiedzą, że nazajutrz wylecą z roboty. Że szatnię zaludniają głównie delikwenci beznadziejnie przygotowani fizycznie i delikwenci przewlekle chorzy, w skrajnych przypadkach nieodwracalnie zniszczone sportowe wraki.
To wszystko dałoby się pojąć - futbol nie jest interesem jak każdy, debiutować tutaj szczególnie trudno - gdyby właściciele Legii od dawna opracowywali plan B. Gdyby przeczesywali Europę w poszukiwaniu następnego trenera; gdyby przesłuchali kandydatów i wiedzieli, jaki i jak kosztowny biznesplan kandydaci proponują; gdyby nazajutrz po zwolnieniu Urbana umieścili na liście płac nazwisko najświetniejsze z listy świetnych. Nic z tego. Klub rzekomo prący ku europejskim standardom, należący do czołowego polskiego biznesmena zareagował, jakby potrzebował obsadzić budę na Stadionie Dziesięciolecia. Wziął na trenera notorycznego bezrobotnego, który był pod ręką, bo wolny czas spędzał jako komentator - bardzo dobry komentator - w pobliskiej redakcji Canal+.
Na trenera wiedzącego, że jest zapchajdziurą i zaraz wystawią go za drzwi, piłkarze odpowiedzieli typowo, jak to nasi kopacze. W sobotę nie musieli nawet opuszczać spodenek, by dać publice do zrozumienia, co do niej wypinają. Do pracodawców zresztą też.
Mariusz Walter marzy o przyszłej gwieździe Legii - chłopaku z warszawskiego Powiśla. Na razie przykro patrzeć, jak w jego klubie dojrzewają Rybus, Borysiuk i inni. Jak wyrastają na zdemoralizowanych, rozpieszczonych wałkoni bez ambicji, którzy już wiedzą, że nawet szlagier z Wisłą wolno odbębnić na leżąco.
Po wczojaszym meczu który miałem nieprzyjemność zobaczyć na własne oczy, jest pewne że ta drużyna jest najgroszą od wielu, wielu lat - co najmniej od czasu schyłkowego Deawoo. A mecz z Wisła ma wielką szanse wygrać konkurs na najgorszy mecz dekady. Delikatnie mówiąć wyszedłem ze stradionu z bólem wszystkich zębów.
Jak oni sobie wyobrażają że zbudują w dwa miesiące coś z tego co wczoraj biegało po boisku (bo drużyną tego nazwać się nie da)??? Na dwa miesiące przed nowym sezonem nie wiadomo kto będzie trenerem a połowy drużyny już nie ma. Zamykanie transferów nowych graczy w tak krótkim czasie skończy się porażkami.....
Okazuje się że piłka jest znacznie trudniejsza niż każdy inny biznes. Papa Walter może na mediach to się zna ale futbol jest dla niego zdecydowanie za trudny... Pierwsze co bym na jego miejscu zrobił to wywalił na zbity pysk cały Zarząd. Nie za konflikt z kibicami i tym podobne tylko za brak profesjonalizmu i biznesowe dawanie dupy na każdym możliwym froncie oraz za bezsensowne trwonienie kasy Właściela.
Byli skazani na sukces. Legię przejmowali na idealnym dla nich dziejowym zakręcie, bo główni ligowi konkurenci, również obeznani z dużym biznesem, słabli. Bogusław Cupiał, zamiast inwestować, jął z Wisły Kraków wyciągać pieniądze, Zbigniew Drzymała niebawem w ogóle wycofał się z futbolu. Żeby było jeszcze piękniej, tuż po przejęciu warszawskiego klubu nowym właścicielom wpadło w ręce mistrzostwo Polski, a jeśli oddawali gwiazdy - Boruca, Fabiańskiego, Janczyka - to godziwie na nich zarabiali. Sielanka.
Naturalną kontynuacją była próba wprowadzenia do Legii europejskich standardów. Nie powiodła się. Gdyby na giełdzie notować postępy sportowe, akcje klubu od dwóch lat ostro by spadały, a od dnia zwolnienia trenera Jana Urbana i dyrektora Mirosława Trzeciaka udziałowcy na gwałt by je wyprzedawali, przeczuwając rychłe bankructwo.
Totalna klapa ITI nie polega bowiem na tym, że Legia co sezon zbiera mniej ligowych punktów. Ani na tym, że strzela najmniej goli od początku lat 90. - wtedy ledwie wystawała nad strefę spadkową. Że po zawstydzających wpadkach w Europie tym razem do pucharów być może w ogóle nie awansuje. Że zaraz nie będzie miała choćby jednej lokalnej gwiazdki. Że wskutek własnej lekkomyślności straty kadrowej tym razem nie zrekompensuje sobie finansowo, bo Jana Muchę Everton podbierze jej za darmo. Że o ważne cele każe bić się piłkarzom, którzy wiedzą, że nazajutrz wylecą z roboty. Że szatnię zaludniają głównie delikwenci beznadziejnie przygotowani fizycznie i delikwenci przewlekle chorzy, w skrajnych przypadkach nieodwracalnie zniszczone sportowe wraki.
To wszystko dałoby się pojąć - futbol nie jest interesem jak każdy, debiutować tutaj szczególnie trudno - gdyby właściciele Legii od dawna opracowywali plan B. Gdyby przeczesywali Europę w poszukiwaniu następnego trenera; gdyby przesłuchali kandydatów i wiedzieli, jaki i jak kosztowny biznesplan kandydaci proponują; gdyby nazajutrz po zwolnieniu Urbana umieścili na liście płac nazwisko najświetniejsze z listy świetnych. Nic z tego. Klub rzekomo prący ku europejskim standardom, należący do czołowego polskiego biznesmena zareagował, jakby potrzebował obsadzić budę na Stadionie Dziesięciolecia. Wziął na trenera notorycznego bezrobotnego, który był pod ręką, bo wolny czas spędzał jako komentator - bardzo dobry komentator - w pobliskiej redakcji Canal+.
Na trenera wiedzącego, że jest zapchajdziurą i zaraz wystawią go za drzwi, piłkarze odpowiedzieli typowo, jak to nasi kopacze. W sobotę nie musieli nawet opuszczać spodenek, by dać publice do zrozumienia, co do niej wypinają. Do pracodawców zresztą też.
Mariusz Walter marzy o przyszłej gwieździe Legii - chłopaku z warszawskiego Powiśla. Na razie przykro patrzeć, jak w jego klubie dojrzewają Rybus, Borysiuk i inni. Jak wyrastają na zdemoralizowanych, rozpieszczonych wałkoni bez ambicji, którzy już wiedzą, że nawet szlagier z Wisłą wolno odbębnić na leżąco.